Czas płynie inaczej

   Uganda – czas płynie inaczej

Uganda staje się coraz bardziej popularna, reklamując się jako „Perła Afryki” oraz kraj najbardziej przyjaznych ludzi Afryki Wschodniej.

Kraj pod rządami prezydenta Museveniego osiągnął względną stabilizację polityczną i bezpieczeństwo.

Infrastruktura turystyczna dopiero się rozwija, ale Uganda niewątpliwie ma do zaoferowania prawdziwe „perełki”.

Zalicza się do nich źródło Nilu, wodospady Murchison Falls, ośnieżone pasma Rwenzori, ponad tysiąc gatunków ptactwa i przede wszystkim goryle górskie. Zwierzęta te, spotykane obecnie tylko na granicy DR Kongo, Rwandy i Ugandy, stanowią największą atrakcję regionu. Przyciągają turystów z całego świata, którzy przybywają tylko po to, aby jedynie przez godzinę cieszyć się prawie namacalnym kontaktem z przedstawicielami tego ginącego gatunku.

MZUNGU PO RAZ PIERWSZY W AFRYCE

Wszelkie formalności paszportowo – wizowe oraz odebranie bagażu na międzynarodowym lotnisku w Entebbe przebiegają nadzwyczaj sprawnie – może nawet szybciej, niż w wielu europejskich portach lotniskowych. Zaskoczeniem była jedynie kontrola osobista i bagażowa, która odbyła się wprost po wyjściu z samolotu; zupełnie tak, jakby na jego pokładzie można było zakupić bombę zegarową. Pierwsze wrażenia? No cóż, nie było ani fali gorąca, od której zalałyby mnie strumienie potu (o czym, nie wiedzieć czemu, zwykle piszą podróżnicy wracający z Czarnego Lądu), ani stada malarycznych komarów, ani nawet szczególnego zainteresowania przybyciem kolejnego białego, zagubionego człowieka. Na szok kulturowy przyszło mi trochę poczekać…

Każdy Europejczyk przebywający w Ugandzie, bez względu na to czy jest tylko turystą, czy obywatelem tego kraju, od momentu postawienia stopy na afrykańskiej ziemi – staje się po prostu „mzungu” (swahili – biały człowiek/ człowiek wałęsający się po świecie bez bliżej określonego celu).

Żadne groźby, prośby, czy próby perswazji i przypomnienia własnego imienia nie pomagają. Potencjalne zainteresowanie białym człowiekiem wynika z faktu, że przybywa on z bogatego kraju (wszyscy biali żyją w bogactwie). Dlaczego więc rezygnuje z życia w dostatku i przyjeżdża do Afryki? Jeśli dziecko widzi mzungu po raz pierwszy,  jest z reguły nieufne, obserwuje z pewnej odległości oceniając niebezpieczeństwo w obawie przed bliskim spotkaniem.

Malcom opowiada się często historie o białych przybyszach z innych kontynentów, którzy pojawiają się w  Afryce, aby porywać i pożerać afrykańskie dzieci. Dziecięca ciekawość świata wygrywa jednak zwykle ze strachem. Gdziekolwiek pojawi się biały człowiek, dzieci zwołują wszystkich rówieśników, biegną na spotkanie i wrzeszczą “bye Mzungu, byeeee”. Ciągle nie udało mi się rozwiązać zagadki, dlaczego zawsze krzyczą „bye”, a nie „hi”… 

Uganda zdjęcie

Ludzie często zaczepiają na ulicy, by zainicjować rozmowę. Po zwyczajowym „cześć, jak się masz” i „skąd jesteś”, zazwyczaj następuje bezpardonowe „daj mi swój numer telefonu” lub „zabierz mnie ze sobą” . Są otwarci, ciekawi świata, uśmiechnięci. Chcą wiedzieć jak jest w tej Europie i czy rzeczywiście jest to ziemia obiecana, jak ją postrzegają. Każda próba nakreślenia realiów i  obalenia mitu „krainy mlekiem i miodem płynącej”, jest komentowana zwyczajowym, ugandyjskim akcentem niedowierzania w postaci  dźwięcznego „eeeeee”.

 

POCZCIWY ŻYWOT UGANDYJCZYKA

Ciągle w ruchu, choć bez pośpiechu, ludzie krzątają się bez ustanku podążając w nieznanych kierunkach. Nawet po zapadnięciu zmroku kobiety handlują przy świetle świec, dzieci biegają po ulicy, zakłady fryzjerskie oferują swoje usługi do późnych godzin nocnych, a z okolicznych ewangelickich kościołów rozbrzmiewają podniosłe pieśni. Spokojny rytm życia wyznacza tutaj dwunastogodzinny cykl między wschodem (7.00), a zachodem słońca (19.00), z niewielkimi wahaniami w ciągu roku. Ludzie nie martwią się, co przyniesie kolejny dzień. Koncentrują uwagę na teraźniejszości. Jeśli napotykają problemy – skupiają się na ich rozwiązaniu bez zbędnego skarżenia się na przeciwności losu.

My ciągle poszukujemy sensu życia, zapominając o tym, by tak zwyczajnie czerpać radość z każdego dnia. Użalamy się nad ubóstwem Afryki, podczas gdy ta „Afryka” mimo całego doświadczanego cierpienia tętni życiem i potrafi się nim cieszyć.

Uganda to stosunkowo żyzny kraj, którego klimat zaliczany jest do najbardziej korzystnych na kuli ziemskiej, ze średnią temperaturą 25-30°C przez cały rok. Gospodarka opiera się głównie na rolnictwie.

Ludzie żyją przede wszystkim z uprawy kawy, herbaty, bawełny, wanilii, tytoniu i trzciny cukrowej. Pocztówką Ugandy są plantacje zielonych bananów “matooke”, stanowiących podstawę pożywienia dla mieszkańców tego kraju.

Nader częstym obrazkiem spotykanym na ulicach jest widok ludzi transportujących całe sterty owoców na ciężarówkach, motorach, rowerach i głowach. Od samego rana kobiety zajmują się przyrządzaniem posiłku, obieraniem ze skórki, zawijaniem w liście bananowca, duszeniem i gotowaniem potrawy. Kiedy nadchodzi  pora obiadowa, wszyscy Ugandyjczycy spożywają z reguły to samo danie – matooke. Przypomina ono bardziej tłuczone ziemniaki, niż znane nam słodkie bananowce i jest pozbawione wyrazistego smaku, dlatego też dodaje się do niego sosy, np.: z orzechów ziemnych, kurczaka, wołowiny  lub groszku.

Całość mieszanki i tak jest raczej mdła, więc trudno ją zaliczyć do uczty smakowej, ale za to ma pożywny charakter  i stanowi w wielu przypadkach jedyny solidny posiłek w ciągu dnia. Uganda może poszczycić się jednym z najwyższych wskaźników przyrostu naturalnego na świecie – na każdą kobietę przypada statystycznie siedmioro potomstwa, a niespełna 80 % prawie 34 milionowej populacji to ludzie przed trzydziestym rokiem życia.

Poczyniliśmy duży postęp w tej kwestii w ciągu ostatnich lat – komentuje pewien Ugandyjczyk;  dopóki mamy plantacje bananów i dostatek matooke, możemy spokojnie skupić się na płodzeniu dzieci.”

Uganda matoke banana

SPOSÓB NA MATATU

Mówi się, że podróżowanie po Afryce jest szczególnie trudne ze względu na uwarunkowania klimatyczne, ukształtowanie terenu i słabą infrastrukturę komunikacyjną. Jest to niewątpliwe prawdą. Ja jednak wyznaję zasadę, że aby poczuć prawdziwy smak przygody, trzeba się trochę pomęczyć.

W Ugandzie korzystałam przede wszystkim z lokalnych środków transportu, dzięki czemu miałam okazję przekonać się, czym dla Afrykańczyków są codzienne trudy podróży. Oprócz standardowych autokarów operujących na długich dystansach, największą popularnością cieszą się w tej części świata „boda boda” taxi oraz busiki „matatu”.

Pomysł na taksówkę rowerową zrodził się w miejscowości Busia na granicy kenijsko-ugandyjskiej już w latach 70-tych. W pierwszej kolejności szmuglowano przez granicę różnego rodzaju towary. (Stąd nazwa boda boda; z ang.: border to border – przez granicę).

Wkrótce okazało się jednak, że bardziej opłacalnym interesem będzie przewóz pasażerów – tak właśnie narodziła się idea jednej z bardziej oryginalnych na świecie taksówek. Rowery zastąpiono bardziej praktycznymi motorami, dzięki czemu korzystanie z tej formy transportu stało się znacznie wygodniejsze.

Mimo, iż kierowcy boda pokonują często granice prędkości oraz ludzkiej cierpliwości, łamiąc ostatnie z istniejących przepisów drogowych, klientów im nigdy nie brakuje. Mnie ostatecznie też udało się do nich przekonać, choć znacznie pewniej czułam się korzystając ze zbiorowych taksówek matatu. Ta forma transportu narodziła się również w Kenii.

Gdy pojawiły się pierwsze tego typu pojazdy, cena za kurs wynosiła zaledwie 3 szylingi. (Stąd nazwa busików – „matatu”, co w języku suahili znaczy „za trzy”.) Są obecnie najbardziej popularnym i ciągle najtańszym środkiem komunikacji miejskiej. Jak wsiąść do (właściwego) matatu ?

Z reguły operują na stałych trasach, choć dla podróżnych z Europy to małe pocieszenie. Łatwo popaść w panikę na widok dziesiątek identycznych pojazdów przyjeżdżających jeden za drugim, zatrzymujących się tylko po to, aby porwać „w locie” pasażerów i zaraz potem rozjechać się we wszystkich możliwych kierunkach. Kierowcy matatu pomaga tzw. naganiacz, który jest odpowiedzialny za „werbowanie” pasażerów, pobieranie należności za przejazd i pomoc z bagażem.

Ma on również bojowe zadanie wykrzykiwania przez otwarte drzwi przebiegu trasy lub wskazywania kierunku jazdy odpowiednim ruchem ręki. Ja niestety byłam w Ugandzie za krótko, aby rozszyfrować ten system, ale na szczęście zwykle przemieszczałam się z lokalnym przewodnikiem i korzystałam z jego wiedzy oraz doświadczenia w tym zakresie.

Rozkładów jazdy nie ma. Taksówka lub autobus odjedzie, kiedy będzie pełny. Jak przystało na Afrykę, o marnotrawstwie przestrzeni nie może być mowy.

Gdy wszystkie miejsca siedzące są już zajęte i pojawia się światełko w tunelu z nadzieją na odjazd – znów niespodzianka. Kolejne krzesełka rozkładane są w przejściu na całej długości pojazdu, aby znalazło się miejsce dla następnych podróżnych. Znów czekanie. Jeśli nie zmieści się człowiek, z całą pewnością można wcisnąć jakiś pakunek, walizkę, skrzynkę, worek, czy kurczaka. Kurczaki mogą w ostateczności wylądować na dachu.

Jak opuścić matatu ? Zazwyczaj osoby wsiadające do pojazdu jako pierwsze zajmują miejsca w tyle, aby nie blokować przejścia. Dla nich manewr wysiadania jest najbardziej kłopotliwy, ponieważ muszą przeciskać się przez sterty bagaży i przepraszać każdego z pasażerów z osobna. O dziwo cały proces przebiega wyjątkowo sprawnie. Gdy ktoś chce wysiąść, wszystkie inne osoby stojące na przejściu jak na komendę opuszczają pojazd.

Zabierają swoje pakunki, przepuszczają wysiadającego, aby potem spokojnie powrócić, zająć pierwszą wolną miejscówkę i ponownie się rozpakować. I tak aż do następnego przystanku, gdzie cały proceder zaczyna się od nowa. Nikt się nie awanturuje, nikomu nie przeszkadzają sterty rzeczy i ciągłe roszady, choć podróż zdaje się trwać całą wieczność.

Tylko mzungu z niecierpliwością patrzy na zegarek, ponieważ zaczyna się robić ciemno, a powinien dojechać na miejsce już kilka godzin temu…

 

Uganda Murchison Falls wodospady

ZROZUMIEĆ AFRYKĘ

„Jestem tutaj dopiero od tygodnia i przez większość tego czasu czekam, nie wiedząc nawet na co”-  powiedział znajomy Holender, poruszając ciekawe zagadnienie, jakim jest pojęcie czasu w tej części świata. Czym różni się „czas afrykański” od czasu, jaki wszyscy znamy, określanego przez Afrykańczyków z kolei jako „czas mzungu”?

A no oczywiście tym, że „normalny” czas, do jakiego przywykliśmy, jest jednoznaczny, usystematyzowany, a godzina oznacza konkretną godzinę. Czas afrykański to natomiast termin bardziej złożony, ponieważ przy jego określeniu należy brać pod uwagę wszelkie czynniki, które mogą (ale nie muszą oczywiście) zaistnieć i przez co wpłynąć (lub też nie) na zmianę planów.

I tak – godzina może przekształcić się w dwie godziny (spadnie deszcz utrudniający widoczność i warunki drogowe), trzy godziny (złapiemy gumę w samochodzie), cztery (okaże się, że nie ma koła zapasowego lub koło zapasowe owszem jest, ale niestety niekompatybilne z osią koła, bo kto by to wcześniej sprawdził) …piętnaście godzin (warsztat samochodowy, gdzie można nabyć nową oponę otworzy się następnego dnia)…, itd, itd..

Każdy Afrykańczyk rozumie tę prostą zależność i liczy się z możliwością zaistnienia nieprzewidzianych okoliczności, dlatego tez zawsze przewiduje ich wystąpienie. To z kolei zwalnia go z obowiązku informowania o zaistniałym już zdarzeniu, czy zmianie planów. Najlepszym wyjściem z sytuacji jest zresztą ominięcie niewygodnej kwestii podawania precyzyjnego czasu, czy umawiania się na konkretną godzinę.

Najczęściej stosowanym przez Ugandyjczyków unikiem jest używanie zwrotów tj. „let me come back/ let me go/ let me do something/let me be there”, (w wolnym tłumaczeniu „zaraz wrócę, pójdę/ przyjdę, zrobię coś,… o ile będzie się dało”).

To oczywiście uwalnia ich od wszelkich zarzutów spóźnienia, pojawienia się w innym miejscu, niż byśmy tego oczekiwali, czy nie pojawienia się wcale. Nie muszą przed nikim tłumaczyć swych powodów, harmonogramu dnia, informować gdzie, z kim i w jakim celu się spotykają, skoro i tak wszystko może ulec zmianie z przyczyn od nich niezależnych. Jeśli staramy się umówić na konkretną godzinę, dowiedzieć kiedy coś się wydarzy, ile jeszcze trzeba czekać lub na co w ogóle czekamy; to znaczy, że nie rozumiemy Afryki. Tutaj wszystko toczy się w swoim trybie.

Tylko konkretne wydarzenia i czynności powodują upływ czasu. Jeśli nic się nie dzieje – czas stoi w miejscu, nie ma po co się zatem spieszyć. Zjawisko marnotrawstwa czasu po prostu nie istnieje. Różnica czasu między Polską i Ugandą to tylko jedna godzina. Ile czasu upłynie podczas tej godziny w Europie, a ile na równiku, to już zupełnie inna historia…

Artykuł opublikowany w magazynie  “Dookoło Świata” marzec – kwiecień 2012

Dookola Swiata

2 Comments Add yours

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *