W drodze na Matopos

  W drodze na Matopos

 

Po kilku dniach spędzonych na oglądaniu eksponatów muzealnych w stolicy, nie mogliśmy się już doczekać podróży po kraju i spotkania z „prawdziwą Afryką”.

W naszym napiętym harmonogramie zostały tylko największe atrakcje Zimbabwe. Trasa miała prowadzić z Harare, poprzez ruiny Wielkiego Zimbabwe, Bulawayo – drugie pod względem znaczenia miasto w kraju, Park Narodowy Matopos, Hwange i w końcu największy skarb natury na południu Afryki, czyli Wodospady Wiktorii.

O każdym z tych miejsc wiele by można napisać, każde ma swój niepowtarzalny urok i kryje jakąś tajemnicę. Najnowsza turystyczna kampania reklamowa do największych atrakcji kraju zalicza m.in Wschodnie Wzgórza, Jezioro Kariba i rzekę Zambezi, Wielkie Zimbabwe oraz słynne Wodospady. Niestety tym razem nie starczyło czasu na piękne góry Chimanimani, ani największe na świecie sztuczne jezioro Kariba, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia.

W Zimbabwe zachwyciło mnie Harare; w niczym nie podobne do typowych afrykańskich miast pełnych molochów, brudnych i zatłoczonych. Nowoczesne wieżowce, kolonialne budynki, szerokie ulice, mnóstwo kwiatów i fioletowych drzew dżakarandy. Zachwycił mnie monumentalizm ruin Wielkiego Zimbabwe. Zauroczyło piękno nieskażonej przyrody Wodospadów Wiktorii, zafascynowały wielkie baobaby.

Zimbabwe zdjęcie

Największe wrażenie wywarł na mnie jednak krajobraz Parku Narodowego Matopos. Krajobraz składający się z granitowych formacji skalnych o niezwykłych kształtach, które z oddali zdają się balansować na otaczających je wzgórzach.

Stada białych nosorożców przechadzające się wśród olbrzymich głazów niemal na wyciągnięcie ręki. Jedno z największych skupisk malowideł naskalnych w Afryce Południowej. Święta ziemia zamieszkana przez duchy przodków. Miejsce wiecznego spoczynku Cecila Rhodesa.

KWESTIA  SPORNA

Wzgórza Matopos w południowo – zachodnim Zimbabwe to miejsce, w którym tradycja, religia i przyroda toczyły przez wieki bój o przetrwanie. Obecnie jest to obszar chroniony, widniejący na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Tutaj znajdziemy wytchnienie w otoczeniu fantastycznej afrykańskiej przyrody, z dala od rzeszy turystów i konfliktów z przeszłości…

A konfliktów było sporo. Stworzenie Parku Narodowego (pierwszego w Zimbabwe) w 1926 r. uważano za „wymysł kolonialny”. Biali osadnicy zdążyli się już zadomowić, zajmując najbardziej żyzne i malownicze tereny kraju. Nie mogli pogodzić się z faktem, że na obszarze „ich dziedzictwa” kulturowego, miejscowi ciągle roszczą sobie prawa do uprawy roli i kultu przodków.

Robili wszystko, aby przesiedlić rdzennych mieszkańców na inne tereny, zarzucając im zaburzanie równowagi środowiska, zabijanie dzikiej zwierzyny i nieudolne zarządzanie ziemią.

W odwecie powstała opozycja ludu Ndebele, który próbował walczyć o Matopos wskazując na silne tradycje kulturowe i religijne tego miejsca. Machina segregacji rasowej nabrała już jednak rozpędu i wkrótce zostali oni przesiedleni poza obszar wzgórz, gdzie utworzono Park Narodowy.

Bunt miejscowej ludności, a nawet groźba wykopania ciała Cecila Rhodesa i wysłania go do Wielkiej Brytanii nie przyniosły skutku. Dopiero w kilka lat po uzyskaniu niepodległości w Matopos ponownie zapanował pokój. Nowy rząd Zimbabwe starał się nawet o przywrócenie tych ziem dawnym właścicielom, ale ostatecznie zaniechano tego kroku. Wobec nominacji obszaru na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury, „nie wypadało” ponownie zasiedlać go farmerami.

BÓG PRZEMAWIA Z KAMIENIA

Nazwa Matobo, nadana tym terenom przez wielkiego króla plemienia Ndebele, znaczy dosłownie „Łyse Głowy”. W późniejszym okresie przyjął się również termin „Matopos”, gdyż przybyłym tutaj białym osadnikom łatwiej było wymówić to słowo. Bez względu na terminologię, bezspornym jest znaczenie kulturowe tych ziem, zamieszkałych najprawdopodobniej już od czasów epoki żelaza. Tutaj narodził się kult boga Mwari, który praktykowany jest również współcześnie i należy do najbardziej enigmatycznych tradycji religijnych w całej Afryce Południowej.

Jego początki sięgają schyłku XV w. Kiedy cywilizacja Wielkiego Zimbabwe chyliła się ku upadkowi, część ludności Szona osiedliła się w okolicach dzisiejszego Matopos, gdzie znaleźli żyzne gleby i sprzyjający klimat. W latach 60 tych XVII w. tereny te zostały z kolei najechane przez lud Rozvi (również władający językiem Szona), który podporządkował sobie cały region wraz z kulturą swych poprzedników. To właśnie za czasów Rozvich rozwinął się na tym obszarze kult boga Mwari – najwyższego Stwórcy.

W celu wyproszenia łask w życiu osobistym, zwracano się tradycyjnie do duchów przodków, podczas gdy Mwari był „najwyższą instancją” odpowiedzialną za sprawy społeczne największej wagi oraz za politykę.

Do niego kierowano prośby o deszcz, co z kolei dawało mu uprzywilejowaną pozycję w panteonie. Oczywistym jest, że w każdej kulturze afrykańskiej (i nie tylko) bóg, który daje gwarancję urodzajnych plonów, musi zasługiwać na szczególną cześć. Za przekazywanie woli bóstwa i przemawianiem w jego imieniu odpowiedzialny był król (tzw. mambo).

Autorytet władcy spływał bezpośrednio od Mwari. Duchy przodków, które wstępowały w ciało króla podczas transu, wypowiadały poprzez jego usta osądy, kary i postanowienia wydane przez boga. Złamanie nakazów oznaczało nadejście chorób i nieszczęść wszelkiego rodzaju. Mambo odgrywał istotną rolę w zachowywaniu porządku świata, był swoistym medium – namacalnym przedstawicielem niewidzialnego świata.

Żył zatem w dostatku, ciesząc się miłością licznych żon i konkubin oraz szacunkiem dworu i podwładnych. Wraz z jego śmiercią w całym królestwie nastawała ciemność, gaszono ogień, zapalany ponownie dopiero po wybraniu królewskiego następcy, do którego znów mogło przemówić bóstwo.

Na początku XIX w. to właśnie wzgórza Matopos stały się centrum kultu religijnego, jak również sceną konfliktu pomiędzy kapłanami Mwari i kolejnym dziedzicem tronu, któremu najwyraźniej zbrzydła rola pośrednika między bogiem a ludźmi, czekanie na przestrogi z zaświatów i ciągłe wysłuchiwanie zaleceń.

Według tradycji ustnej, kiedy Mambo ponownie usłyszał boski głos, rozwścieczony sięgnął po broń, aby raz na zawsze wyzwolić się z ciążącej na nim odpowiedzialności. Wtedy też Mwari przemówił do króla po raz ostatni, rzucając na niego klątwę i przepowiadając klęskę całego plemienia z rąk „ludzi ubranych w skóry”. Tak też się stało.

Kilka lat później wojownicy przybywający z południa podbili królestwo Rozvi, a sam mambo popełnił samobójstwo rzucając się z jednego ze wzgórz Matopos. Po przybyciu na tereny wielkiego wodza Mzilikazi wraz ze swym ludem Ndebele, powstało tutaj w I poł. XIX w. nowe królestwo Matabele (dzisiejszy Matebeleland). Nowy władca zaadoptował kult Mwari. Powiedziano mu, iż wystarczy ofiarować bóstwu czarnego byka, tytoń lub inne pożyteczne przedmioty, aby wywołać ulewę o każdej porze dnia i nocy. Argument ten przekonał wodza, który od tego czasu zaczął regularnie wysyłać dary do miejscowych świątyń w Matopos, aby zjednać sobie wstawiennictwo u Mwari. Dodatkowe wsparcie z zaświatów nigdy nie zaszkodzi…

Podobno nawet biali farmerzy podczas wielkiej suszy, jaka nawiedziła te tereny w latach 40-tych XX w., opłacali lokalnych tancerzy, aby w ceremonialnym tańcu ubłagali Mwari o deszcz.

Tyle historia. Wracamy do współczesności i pięknych wzgórz Matopos, gdzie kult tajemniczego boga jest ciągle żywy. Jego świątynie porozrzucane są po całym kraju, ale najważniejsze z nich, świątynie skalne, ulokowane są właśnie tutaj (Njelele i Wirarani). Niektóre wzgórza są tak uświęcone, że nawet wskazywanie palcem w ich kierunku uważa się za zły omen, tabu. Według tradycyjnych wierzeń z okolicznych skał ciągle można usłyszeć boski głos…

Matopos Zimbabwe

WIDOK NA ŚWIAT I NIE TYLKO

W towarzystwie uzbrojonego („na wszelki wypadek”) strażnika przechodzimy przez wypaloną sawannę. Z szarej ziemi sterczą kikuty zwęglonych drzew. Mimo ochrony państwa, miejscowa ludność w dalszym ciągu rości sobie prawo do tych terenów, dość często zdarzają się przypadki kłusownictwa, próbuje się zbierać plony. Jest październik – początek zimbabweńskiej wiosny, kończy się pora sucha. Z ziemi wyrastają już nowe, soczysto zielone pędy traw, w surowym krajobrazie zaczyna budzić się życie. W oddali widać bacznie obserwujące nas stada zebr i pojedyncze antylopy.

Próbujemy tropić białe nosorożce, ale nasza cierpliwość do szukania kolejnych śladów szybko się kończy, więc zadowalamy się zdjęciem „pozostałości” po tych tajemniczych zwierzętach.

„Na tym obszarze żyje największa światowa populacja czarnej mamby i lamparta”, wtrąca mimochodem przewodnik, dzięki czemu przeprawa przez las przebiega nam wyjątkowo sprawnie. Szybko docieramy na rozległą polanę z cudownym widokiem na okoliczne wzgórza porośnięte niewielkimi kępami traw, z których sterczą olbrzymie bloki skalne o niesamowitych kształtach. Jeszcze tylko krótkie podejście i znajdujemy się na najbardziej popularnym odcinku Parku Narodowego Matopos.

Oprócz naszej ośmioosobowej grupy nie ma tutaj jednak nikogo; jesteśmy tylko my i niczym nieograniczona przestrzeń. Wchodzimy na szczyt wzgórza, zwanego przez lud Ndebele „Malindidzimu”, czyli „dom duchów przodków”. Według ich wierzeń – życzliwe duchy sprawują pieczę nad tą niezwykłą krainą, zamieszkując okoliczne jaskinie, lasy i góry oraz przemawiając z miejscowych skał. Ludzie wciąż konsultują swe losy z przodkami i planują przyszłość w oparciu o ich rady.

Znajdujemy się zatem na świętej ziemi. Wielkie, brunatnoszare głazy sprawiają wrażenie, jakby ktoś je układał jeden przy drugim w kamienny krąg. Pomiędzy nimi znajduje się słynny grobowiec jednej z najważniejszych postaci kolonialnej historii tego kraju. Wzrok spoczywa w tym miejscu na płycie grobowca z napisem „Tu leżą szczątki Cecila Johna Rhodesa”.

Kim był Rhodes? Na pewno postacią kontrowersyjną. Z jednej strony motorem brytyjskiej kolonizacji w Afryce Południowej, a co za tym idzie – utrapieniem miejscowej ludności, z drugiej – człowiekiem postępu i idei wyprzedzającym znacznie swoją epokę. Jego przygoda z Afryką rozpoczęła się w latach 70-tych XIX w., kiedy to kłopoty zdrowotne skłoniły go do szukania ratunku w zbawiennym, jak wierzono, południowoafrykańskim klimacie. Wyjechał do Natalu (dzisiejsze RPA).

Klimat rzeczywiście okazał się korzystny dla zdrowia, Cecil nie tracił jednak czasu na kuracje w ośrodkach uzdrowiskowych; szybko zajął się biznesem i polityką. Był świetnym przedsiębiorcą. Już w rok po przyjeździe do Afryki został zarządcą jednej z działek diamentowych w pobliżu Kimberley, aby zaledwie kilkanaście lat później mieć pod sobą wszystkie kopalnie tego cennego kruszca. (Założona przez niego spółka De Beers Mines – po dziś dzień jest światowym liderem w dziedzinie wydobycia diamentów). Został członkiem parlamentu przylądkowego, premierem i Bóg wie kim jeszcze.

Pozyskał dla Wielkiej Brytanii ogromne obszary ziemi, wyprowadzając sprytnie na manowce wodza miejscowego ludu Ndebele. To od jego nazwiska nazwano dwie brytyjskie kolonie: Rodezję Północną (dzisiejsza Zambia) i Południową (Zimbabwe).

Był autorem koncepcji kolonizacji pasa ziem afrykańskich ciągnących się od Kraju Przylądkowego aż po Egipt. Był wizjonerem. Jego plan „od Przylądka do Kairu”, wiązał się z ideą „pomalowania mapy na czerwono” wzdłuż całego kontynentu. (Czerwieni używano wówczas na mapach do zaznaczenia terenów należących do Korony Brytyjskiej, niedziwne więc, że stała się jego ulubionym kolorem.)

Rhodes był szaleńcem, który nie bał się niekonwencjonalnych pomysłów. Najbardziej innowatorskim z nich był plan wybudowania linii kolejowej łączącej Kair z Kapsztadem, która umożliwiłaby zarządzanie wszystkimi posiadłościami należącymi do Imperium.

Zimbabwe zdjęcie

Czynniki ekonomiczne, wybuch wojny w Europie, a następnie ruch wyzwoleńczy w Afryce uniemożliwiły zrealizowanie tego przedsięwzięcia. Linię kolejową udało się doprowadzić tylko do Bulawayo, gdzie obecnie znajduje się jedyne w swoim rodzaju Muzeum z kolekcją zabytkowych lokomotyw. Pozostał też most na Zambezi – najwyższy most kolejowy na świecie, który w tym roku obchodził hucznie sto szóste urodziny.

W czasach Rhodesa był ogniwem spajającym dwie Rodezje. Dzisiaj jest największą po Wodospadach Wiktorii atrakcją Zimbabwe i Zambii jednocześnie, rajem dla miłośników kolei i sportów ekstremalnych. Rhodes był bogiem. Podobno za jego życia zwykło się mawiać, że wiara w tego człowieka jest substytutem religii, a „ jego słowo i wola stanowiły wówczas prawo”.

Na szczycie wzgórza w Matopos myśli mimowolnie kierują się do czasów kolonialnych. Cecil kochał to wzgórze. Zaledwie kilka lat przed śmiercią odnalazł to miejsce, w którym docenił spokój i piękno. Często tu wracał, aby rozmyślać o losach drogiej mu Rodezji i planach rozwoju Imperium Brytyjskiego. Roztaczający się widok na okoliczne wzgórza nazwał „widokiem na świat” (World’s View); trudno zresztą polemizować z tym stwierdzeniem.

Mimo, że zmarł w Kapsztadzie, zgodnie z jego wolą pochowano go właśnie na szczycie Malindidzimu. Ceremonia pogrzebowa miała uroczysty charakter i była zgodna z tradycjami ludu Ndebele. Zamiast brytyjskiego zwyczaju salwy honorowej z użyciem broni, oddano mu cześć chwilą ciszy. Tak, aby nie zakłócić spokoju duchom przodków…

Według niektórych historyków, Cecil wybrał to miejsce mając nadzieję, że stanie się ono w przyszłości łatwo osiągalnym celem pielgrzymek do jego grobu. Na szczęście tak się jednak nie stało, dzięki czemu można tutaj w samotności kontemplować piękno afrykańskiej przyrody, które przybrało bardzo oryginalną formę skalnego raju.

 

W taki oto sposób dotarliśmy do kresu naszej wędrówki po Matopos. Spędziliśmy tu zaledwie parę godzin, ale patrząc na zapierające dech w piersiach widoki, chciało by się tu zostać przynajmniej kilka dni, zobaczyć jeszcze więcej.

Nie spotkaliśmy czarnej mamby, ani lamparta. Nawet sławne w okolicy nosorożce gdzieś się pochowały, ale nie ma to znaczenia. Nasłonecznione wzgórza porośnięte jasno- zielonym mchem, gdzie wśród „balansujących” głazów przemykają całe stada bajecznie kolorowych jaszczurek, same w sobie stanowią ucztę dla oka.

Zimbabwe zdjęcie

Z ich szczytów roztacza się niesamowity widok na niczym nieograniczoną przestrzeń. Rzeczywiście można odnieść wrażenie, że stąd widać cały świat…

Artykuł ukazał się w zmienionej formie w magazynie National Geographic Traveler – lipiec 2012

http://www.national-geographic.pl/artykuly/pokaz/zimbabwe-widok-na-swiat/

NG Traveler

2 Comments Add yours

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *